21 lipca 2026 roku | Analiza

Szanowni Państwo,

Jest połowa 2026 roku. Przez ostatnie lata byliśmy świadkami afer, które w normalnym, sprawnie działającym państwie powinny skończyć się procesami karnymi, zwrotami milionów złotych i gruntowną reformą nadzoru. Tymczasem, zamiast sprawiedliwości, dostaliśmy teatr pozornych działań i ustawę, która w założeniu miała ucywilizować zarobki lekarzy, ale – jak udowodnię – została zaprojektowana w sposób umożliwiający jej łatwe ominięcie. W tej analizie, pokażę pełen obraz zgnilizny toczącej kluczowe instytucje państwa oraz wskażę precyzyjne narzędzia prawne, które pozwalają przecięt obrzydliwy wrzód fikcyjnych dyżurów. Postawię też pytanie, które elektryzuje obywateli: skoro wszystkie instytucje zawodzą, czy mamy prawo wziąć sprawy w swoje ręce?

Część I: Fizyka kwantowa w medycynie – jak pracować 72 godziny w ciągu 24

Na początku konkret, który obnaża skalę oderwania od rzeczywistości. Jak ujawniły media, m.in. Interia w głośnym tekście z 2023 roku, kontrolerzy NFZ i dyrekcje szpitali odkrywały w dokumentacji grafików lekarskich zapisy urągające prawom fizyki. Rekordziści, jak okulista ze szpitala w Kłodzku czy anestezjolodzy z innych placówek, wykazywali w dokumentach czas pracy sięgający 72 godzin w ciągu jednej doby. Nie w tygodniu. Nie w miesiącu. W ciągu 24 godzin.

To nie jest błąd księgowej ani literówka. To jest systemowe, celowe fałszowanie dokumentacji, by z budżetu szpitala, zasilanego przez NFZ, wyciągnąć maksymalne wynagrodzenie. Mechanizm jest prosty: szpitale, by zapewnić formalną ciągłość opieki i spełnić normy kontraktów z NFZ, wpisują jednego lekarza na kilka równoległych dyżurów w różnych oddziałach jednocześnie. Lekarz podpisuje dokumenty, że był i pracował, a w rzeczywistości albo śpi w dyżurce na jednym oddziale, albo – co gorsza – jest w domu „pod telefonem”, podczas gdy na papierze „operuje”, „przyjmuje” i „konsultuje” w trzech miejscach naraz. Wiceminister zdrowia Piotr Bromber, cytowany wówczas w mediach, nie miał wątpliwości: „To było wprost dojenie szpitala na kasę”.

Z prawnego punktu widzenia mamy tu do czynienia z przestępstwem fałszerstwa intelektualnego (art. 271 KK) oraz oszustwa (art. 286 KK). Wpisanie do grafiku i do dokumentacji medycznej czynności, które fizycznie nie mogły mieć miejsca, jest poświadczeniem nieprawdy w celu osiągnięcia korzyści majątkowej. Skala jest potężna, bo nie mówimy o pojedynczych przypadkach, ale o milcząco akceptowanej praktyce w dziesiątkach placówek. I tu dochodzimy do kluczowego pytania: jak to możliwe, że nikt za to nie odpowiada?

Część II: Trylogia bezradności – dlaczego państwo udaje, że nie widzi?

Opisywany proceder nie mógłby istnieć, gdyby nie totalna abdykacja trzech filarów państwowego nadzoru. Prokuratury i sądownictwa karnego, bo są zbyt ociężałe na ściganie białych kołnierzyków. Instytucji kontroli finansowej (US, ZUS, RIO), bo tkwią w biurokratycznym letargu. I – co najgorsze – samorządu lekarskiego, który stał się związkiem zawodowym dbającym wyłącznie o interesy swojej kasty, a nie strażnikiem etyki.

1. Prokuratura – iluzja sprawiedliwości. Prokuratorzy boją się spraw medycznych jak ognia. By udowodnić oszustwo, trzeba wykazać, że lekarz świadomie wprowadził w błąd szpital i NFZ co do faktu wykonania usługi. To wymaga żmudnego śledztwa: analizy logowań do systemów szpitalnych, billingów telefonicznych (gdzie był lekarz, gdy „operował”?), zapisów z kamer monitoringu, zeznań personelu. Prokuratura, wiecznie przeciążona i niechętna do konfrontacji z wpływowym lobby medycznym, najczęściej umarza takie sprawy „wobec braku znamion czynu zabronionego”, tworząc fikcję, że 72 godziny pracy w dobę to tylko „nieścisłość rachunkowa”, a nie zorganizowane przestępstwo.

2. ZUS i US – beneficjenci patologii. Paradoksalnie, im więcej lewych faktur i fikcyjnych dyżurów, tym więcej składek zdrowotnych i podatków wpływa do budżetu. Dla ZUS lekarz wystawiający faktury na 150 000 zł miesięcznie jest wymarzonym klientem – płaci gigantyczne składki, nie generując przy tym roszczeń o wysokie świadczenia (bo formalnie prowadzi działalność gospodarczą). Urząd Skarbowy patrzy tylko, czy PIT i VAT od faktury został odprowadzony. Nie bada materialnej prawdy, czy usługa w ogóle zaistniała. To tak, jakby skarbówka nie interesowała się, czy faktura za „usługi konsultingowe” na milion złotych od spółki-wydmuszki ma pokrycie w rzeczywistości. A powinna. I to jest klucz do rozwiązania sprawy, o czym za chwilę.

3. Izby Lekarskie – zmowa milczenia. Rzecznicy odpowiedzialności zawodowej, jedyni władni ocenić, czy lekarz postąpił nieetycznie i naruszył zasady wykonywania zawodu, są wybierani spośród lekarzy. W małych, lokalnych środowiskach każdy zna każdego. Ordynator nie oskarży kolegi, bo sam akceptował fikcyjne grafiki. Dyrektor szpitala nie złoży doniesienia do Izby, bo to on podpisał kontrakt i rozliczył dotację z NFZ. Tworzy się zamknięty krąg solidarności, który z zewnątrz wygląda jak kartel. Pacjenci i podatnicy są poza nawiasem.

Część III: Ustawa o PESEL-u – plaster na otwarte złamanie

W obliczu afer z kosmicznymi zarobkami, ustawodawca postanowił działać. Jak informowała TVN24 i inne media, powstała i została podpisana przez prezydenta ustawa powiązująca zarobki lekarzy z numerem PESEL. Idea, przyznajmy, słuszna w założeniu: każdy lekarz ma być identyfikowany w systemie rozliczeń z NFZ za pomocą swojego PESEL-u. Ma to uniemożliwić sytuację, w której jeden lekarz pracuje na kilku etatach i dyżurach ponad ludzką miarę, bo system informatyczny „wyłapie”, że dany PESEL próbuje rozliczyć więcej godzin, niż fizycznie jest w stanie przepracować. To odpowiedź na skandal z rekordzistami wyciągającymi po 300-400 tysięcy złotych miesięcznie, łączącymi pracę w kilku szpitalach jednocześnie.

Dlaczego to nie wystarczy? Anatomia luki prawnej.

Jako analityk systemowy muszę powiedzieć wprost: to rozwiązanie to prawniczy sito, a nie tama. Problem leży w konstrukcji prawnej podmiotów wykonujących działalność leczniczą. Ustawa celuje w indywidualnych lekarzy, ale ignoruje fakt, że większość najlepiej zarabiających medyków od dawna nie rozlicza się bezpośrednio ze szpitalami. Oni prowadzą jednoosobowe działalności gospodarcze (JDG) lub – co kluczowe – spółki z ograniczoną odpowiedzialnością (sp. z o.o.).

W modelu biznesowym, który stał się standardem, lekarz nie podpisuje kontraktu jako osoba fizyczna Jan Kowalski, PESEL X. Zamiast tego, szpital podpisuje umowę ze spółką „Kowalski Medical sp. z o.o.”, która jako podmiot gospodarczy ma swój NIP, REGON i KRS. To spółka wystawia fakturę za „usługi medyczne” i to spółka rozlicza się z US i ZUS. Lekarz jest w niej tylko prezesem, udziałowcem, a formalnie – pracownikiem swojej własnej spółki. NFZ, rozliczając kontrakt ze szpitalem, widzi fakturę od spółki, a nie PESEL lekarza wykonującego świadczenie. Ustawa powiązująca zarobki z PESEL-em w ogóle nie dotyka tego mechanizmu, bo PESEL jest atrybutem osoby fizycznej, a stroną umowy i beneficjentem przelewu jest osoba prawna – spółka.

Spółka, jako odrębny byt prawny, może zatrudniać formalnie jednego lekarza, ale de facto „podwykonawców”, albo ten sam lekarz-prezes może „świadczyć usługi” za pośrednictwem kilku swoich spółek-córek. System rozliczeń NFZ, oparty na kontraktach z podmiotami (szpitalami i spółkami), a nie na indywidualnym czasie pracy konkretnego człowieka z krwi i kości, nie widzi, że Jan Kowalski, PESEL X, przepracował 72 godziny w dobę. System widzi tylko, że spółka „Kowalski Medical” wywiązała się z kontraktu, dostarczając „zasób ludzki”. To furtka, którą każdy sprytny księgowy pokaże lekarzowi w pięć minut po wejściu ustawy w życie.

Jak donosi Waweldom.com w swojej analizie reformy służby zdrowia z grudnia 2025 roku, kluczowa patologia polega na tym, że NFZ pozostaje ślepy na realny przepływ pracy ludzkiej. Dopóki system nie będzie wymagał raportowania rzeczywistego, indywidualnego czasu pracy lekarza powiązanego z konkretnymi świadczeniami (a nie tylko czasu „udostępnienia podmiotu”), dopóty żadna ustawa o PESEL-u nie załatwi problemu. To tak, jakby chcieć ograniczyć prędkość samochodów, mierząc nie prędkość pojazdu, a obroty silnika w zupełnie innym aucie. Inżynieria finansowa i korporacyjna od zawsze wyprzedza niechlujne, pisane na kolanie prawo.

Część IV: VAT – broń atomowa, której nikt nie chce użyć. Instrukcja obsługi krok po kroku

Opisawszy spektakularną porażkę instytucji i pozorność reform, dochodzimy do punktu, który jako uważam za największy skandal intelektualny polskiego państwa. Narzędzie do odzyskania setek milionów złotych i ukarania winnych istnieje. Jest naładowane, odbezpieczone i leży na stole od 2004 roku. To ustawa o podatku od towarów i usług (VAT).

Kluczowy jest tu przepis art. 106b ust. 1 ustawy o VAT, który stanowi jasno i bez niedomówień: podatnik jest obowiązany wystawić fakturę dokumentującą faktyczne wykonanie usługi. Proszę wczytać się w to zdanie: „faktyczne wykonanie usługi”. Ustawodawca nie powiedział: „gotowość do świadczenia”, „pozostawanie w dyspozycji”, „oczekiwanie na telefon”. Powiedział: „wykonanie”.

Co to oznacza w kontekście afery z 72-godzinnymi dyżurami i fikcyjną pracą? Jeśli lekarz (lub jego spółka) wystawia szpitalowi fakturę na 50 000 zł za „dyżur medyczny 100 godzin w miesiącu”, a jedyną czynnością, jaką wykonał, było odebranie dwóch telefonów i przyjechanie do szpitala na godzinę, to ta faktura jest w 98% pustą fakturą. Nie dokumentuje ona usługi medycznej, bo ta w materialnym świecie nie zaistniała. Dokumentuje co najwyżej pozostawanie w gotowości, które dla celów VAT nie jest usługą medyczną podlegającą zwolnieniu.

Dlaczego prosta kontrola w jednym szpitalu nie wystarczy – i jak zrobić to naprawdę skutecznie

Tu dochodzimy do sedna technicznego, który musi zrozumieć każdy urzędnik skarbówki i prokurator. Opisywany w mediach proceder nie polega na tym, że lekarz w jednym szpitalu przepisuje sobie nadgodziny. Mechanizm jest znacznie bardziej wyrafinowany i opiera się na równoległym zatrudnieniu w kilku placówkach jednocześnie. Rekordziści, którzy „pracowali” 72 godziny w ciągu doby, osiągali ten wynik, sumując godziny dyżurów w Szpitalu A, Szpitalu B, Szpitalu C i klinice prywatnej D. W każdej z tych placówek z osobna grafik mógł wyglądać na pierwszy rzut oka wiarygodnie – np. 12-godzinny dyżur. Problem w tym, że ten sam lekarz miał w tym samym czasie 12-godzinny dyżur w Szpitalu A, 8-godzinny w Szpitalu B i 10-godzinny „pod telefonem” w Szpitalu C, a dodatkowo przyjmował prywatnie w swoim gabinecie. Każdy z tych szpitali, osobno kontrolowany, przedstawi dokumentację, która – wewnętrznie – może nie budzić rażących wątpliwości. Bo przecież w Szpitalu A lekarz faktycznie mógł być przez te 12 godzin, co potwierdzi część personelu i wybiórcza dokumentacja. Ale już fizycznie niemożliwe jest, by w tych samych godzinach był jednocześnie w trzech innych miejscach.

Dlatego klasyczna kontrola jednego podmiotu to za mało. Prawdziwy cios musi zostać wyprowadzony centralnie i systemowo. I tu na scenę musi wkroczyć Narodowy Fundusz Zdrowia jako centralny rejestr świadczeniodawców i kontraktów.

Jak to zrobić w tydzień? Scenariusz operacji „Czysta Doba”

Procedura jest zaskakująco prosta i opiera się na uprawnieniach, które Urząd Skarbowy już posiada, a NFZ – jako instytucja publiczna – ma obowiązek współpracy z organami kontroli skarbowej i organami ścigania. Oto algorytm działania krok po kroku:

Krok 1: Centralne żądanie do NFZ. Urząd Skarbowy, wszczynając postępowanie kontrolne wobec konkretnego lekarza (osoby fizycznej lub jego spółki) powołując się na art. 82 ustawy o Krajowej Administracji Skarbowej oraz przepisy Ordynacji Podatkowej o współdziałaniu organów, występuje do Centrali NFZ z wnioskiem o udostępnienie kompletnej listy wszystkich podmiotów leczniczych (szpitali, przychodni, klinik), z którymi dany lekarz – identyfikowany numerem PESEL oraz numerem prawa wykonywania zawodu – miał zawarty jakikolwiek kontrakt lub był zgłoszony jako personel realizujący świadczenia w kontrolowanym okresie (np. ostatnie 12 miesięcy). NFZ, rozliczając świadczenia, dysponuje bazą danych personelu medycznego. Ma obowiązek te dane udostępnić organom podatkowym w ramach postępowania kontrolnego.

Krok 2: Równoczesne wezwania do wszystkich placówek. Mając już pełną mapę zatrudnienia lekarza – powiedzmy, że to Szpital Powiatowy w X, Szpital Wojewódzki w Y i Prywatna Klinika Z – Urząd Skarbowy wysyła jednocześnie, tego samego dnia, identyczne wezwania do wszystkich trzech placówek. Żadna z nich nie wie o kontroli w pozostałych. W wezwaniu żąda przedłożenia za ten sam okres rozliczeniowy:

  • Grafików dyżurów i harmonogramów pracy lekarza, ze wskazaniem dokładnych dat i godzin (od – do).
  • Kompletnej dokumentacji medycznej wytworzonej osobiście przez tego lekarza (wpisy w historiach chorób, opisy operacji, zlecenia leków, karty konsultacji, raporty z systemów informatycznych, logowania do systemu).
  • Umów kontraktowych wraz z aneksami określającymi charakter świadczeń (dyżur stacjonarny, dyżur pod telefonem, praca planowa).

Krok 3: Matematyczne zestawienie czasu. Po otrzymaniu dokumentów ze wszystkich placówek urzędnik skarbowy – niczym śledczy z prawdziwego zdarzenia – nanosi wszystkie godziny pracy na jedną oś czasu. Tworzy tabelę: data, godziny, miejsce. I tu następuje moment prawdy. Okazuje się, że 15 marca 2025 roku doktor X:

  • W Szpitalu Powiatowym miał dyżur od 8:00 do 20:00 (12 godzin).
  • W Szpitalu Wojewódzkim był wpisany na dyżur „pod telefonem” od 8:00 do 8:00 dnia następnego (24 godziny).
  • W Prywatnej Klinice Z od 14:00 do 19:00 przyjmował pacjentów komercyjnie (5 godzin).

Suma: 12 + 24 + 5 = 41 godzin wykazanej pracy w ciągu jednej, 24-godzinnej doby. Fizyka kwantowa w medycynie w pełnej krasie.

Krok 4: Konfrontacja dokumentacji medycznej. Teraz US sprawdza, w której z tych placówek lekarz faktycznie cokolwiek zrobił. Jeśli w Szpitalu Powiatowym są wpisy w dokumentacji potwierdzające jego aktywność (np. opisy operacji o konkretnych godzinach), ale w Szpitalu Wojewódzkim w tym samym czasie dokumentacja medyczna jest pusta (zero wpisów, zero zleceń, zero konsultacji), a w Klinice Z są faktury za wizyty – to znaczy, że:

  • Faktura wystawiona dla Szpitala Wojewódzkiego za te 24 godziny dyżuru jest w całości pustą fakturą, bo nie dokumentuje żadnej faktycznie wykonanej usługi medycznej. Lekarz nie mógł być w dwóch miejscach naraz, a skoro był aktywny w Szpitalu Powiatowym i Klinice Z, to w Szpitalu Wojewódzkim go fizycznie nie było, a jego „gotowość” jest fikcją, za którą nie należy się wynagrodzenie z publicznych środków.
  • Co więcej, jeśli w Szpitalu Powiatowym również część godzin nie ma pokrycia w dokumentacji medycznej (bo np. lekarz wyszedł wcześniej), to i faktura dla Szpitala Powiatowego podlega proporcjonalnemu zakwestionowaniu.

Krok 5: Wyliczenie nienależnego świadczenia i konsekwencje. US, mając twardy dowód matematyczny, wydaje decyzję wymiarową. Uznaje faktury w części lub w całości za nierzetelne. Konsekwencje opisane powyżej wchodzą w życie z pełną mocą: odpowiedzialność karno-skarbowa lekarza (lub zarządu jego spółki), 75% PIT od przychodów z nieujawnionych źródeł, obowiązek zwrotu nienależnych kwot przez lekarza do szpitala, a przez szpital – korekta kosztów i potencjalna odpowiedzialność dyscyplinarna dyrektora za niegospodarność.

Dlaczego to jest wykonalne w tydzień?

Bo nie wymaga śledztwa operacyjnego, podsłuchów, ani przesłuchań. Wymaga wyłącznie dostępu do danych, które już istnieją w systemach informatycznych NFZ i szpitali, oraz elementarnej umiejętności dodawania godzin i porównywania ich z dobowym limitem 24 godzin. Gdyby Krajowa Administracja Skarbowa stworzyła dedykowany, kilkunastoosobowy zespół zadaniowy do spraw fikcyjnych dyżurów medycznych, mogłaby w ciągu miesiąca skontrolować setkę najlepiej zarabiających lekarzy, a w ciągu kwartału odzyskać dla budżetu państwa setki milionów złotych, które wypłynęły przez ten patologiczny system.

Dlaczego więc nikt tego nie robi? Odpowiedź jest boleśnie prosta i pozaprawna: strach przed paraliżem systemu, który jest od tych fikcyjnych dyżurów uzależniony, oraz polityczna kalkulacja, by nie drażnić jednej z najsilniejszych i najlepiej zorganizowanych grup nacisku w kraju. To nie brak narzędzi, to brak woli. A tę wolę może wykrzesać tylko masowa presja społeczna i obywatelska kontrola, o której piszę w dalszej części artykułu.

Część V: Całościowa choroba systemu NFZ – szerszy kontekst

Opisane patologie to nie wybryki jednostek. To logiczna konsekwencja wadliwie zaprojektowanego systemu, co szczegółowo opisuje Waweldom.com w analizie z grudnia 2025 roku. Problemem jest fundamentalne pomieszanie ról. NFZ jest jednocześnie płatnikiem, kontrolerem jakości i instytucją odpowiedzialną za dostępność świadczeń. Gdy jako płatnik odkrywa masowe nadużycia, jako gwarant dostępności boi się rozwiązać kontrakt ze szpitalem, który oszukuje, bo nie ma go kim zastąpić. Tworzy to błędne koło tolerancji dla patologii.

Szpitale, będące często spółkami prawa handlowego należącymi do samorządów, działają w stanie permanentnego kryzysu finansowego. Są zmuszane do konkurowania o lekarzy, którzy dyktują warunki. Kontrakty na fikcyjne dyżury są formą ukrytego łapówkarstwa: „zapłacę ci za 200 godzin, choć realnie przepracujesz 40, bo inaczej odejdziesz do prywatnej kliniki, a ja zamknę oddział”. Wszyscy o tym wiedzą. Izby lekarskie, zamiast tępić patologię, negocjują stawki. Prokuratura udaje, że to trudne sprawy. A Sejm uchwala ustawy, które nie działają.

Część VI: Konstytucyjne prawo oporu i obywatelskie komisje nadzorcze

Gdy państwo na każdym szczeblu – od gminnego szpitala, przez marszałka, NFZ, prokuraturę, aż po Sejm – okazuje się niezdolne do naprawy systemu, rodzi się fundamentalne pytanie konstytucyjne. Czy suweren, czyli Naród, z którego woli wywodzi się wszelka władza (art. 4 Konstytucji RP), ma prawo zorganizować się oddolnie, by wymusić działanie prawa?

Odpowiadam: tak, ale w ramach określonych formuł demokracji bezpośredniej i kontroli obywatelskiej. Obywatele nie mogą zastąpić sądów czy prokuratury i sami wymierzać sprawiedliwości (to byłaby samowola i anarchia). Mogą jednak – i powinni – tworzyć obywatelskie komisje nadzorcze na podstawie konstytucyjnych praw:

  • Prawa do uzyskiwania informacji o działalności organów władzy publicznej (art. 61 Konstytucji).
  • Prawa do składania petycji, wniosków i skarg (art. 63 Konstytucji).

Takie komisje, wzorem ruchów watchdogowych, mogą:

  1. Masowo występować do szpitali, NFZ i urzędów marszałkowskich o dane dotyczące rozliczeń dyżurów (bez danych wrażliwych pacjentów).
  2. Zatrudniać własnych analityków i audytorów do krzyżowej weryfikacji grafiki vs. wykonane procedury.
  3. Przygotowywać gotowe zawiadomienia o podejrzeniu przestępstwa, które – mając charakter merytorycznego, twardego dowodu – wymuszają na prokuraturze wszczęcie śledztwa. Prokuratura, zasypana setkami rzetelnych doniesień z gotowym materiałem dowodowym, traci argument „skomplikowanej sprawy”.
  4. Organizować presję medialną i obywatelskie pozwy przeciwko instytucjom, które nie dopełniają obowiązków.

To nie jest bunt przeciw państwu. To jest realizacja zasady pomocniczości i odpowiedzialności obywatelskiej. W momencie, gdy mechanizmy państwowe są zawłaszczone przez partykularne interesy lub sparaliżowane niemocą, obywatele mają nie tylko prawo, ale i obowiązek wkroczyć, by chronić finanse publiczne i życie pacjentów. Bo ostatecznie to z naszych podatków finansowane są te 72-godzinne fikcyjne doby, a w kolejkach do specjalistów stoją nasi dziadkowie i dzieci.

Wniosek końcowy:
Stoimy na rozdrożu. Albo państwo wreszcie sięgnie po proste, podatkowe narzędzia egzekucji prawa i realnie zreformuje rozliczanie pracy lekarzy, zamykając furtkę spółek-wydmuszek, albo obywatele, zmęczeni płaceniem haraczu na kastę nietykalnych, wezmą sprawiedliwość w swoje ręce – nie przez samosądy, ale przez zorganizowany, masowy audyt społeczny. W obu przypadkach koniec bezkarności jest bliski. Pytanie tylko, czy nastąpi za sprawą odgórnego rozumu, czy oddolnego gniewu. Czas ucieka, a kolejne 72 godziny w fikcyjnej dobie właśnie są fałszowane.

Zostaw odpowiedź

Trending

Odkryj więcej z Waweldom

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej